Liceum Ogólnokształcące w Konstantynowie Łódzkim Liceum Ogólnokształcące w Konstantynowie Łódzkim Politechnika Łódzka Uniwersytet Medyczny w Łodzi Uniwerytet Łódzki

Irena Jaros

Wywiad z Prof. Uniwersytetu Łódzkiego, dr hab. Ireną Jaros
Kierownikiem Katedry Dialektologii Polskiej i Logopedii w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Łódzkiego.

Dzień dobry. Nazywam się Kamil Węziak, a to moja koleżanka Edyta Gławenda. Oboje chodzimy do Liceum Ogólnokształcącego im. Ks. Kardynała St. Wyszyńskiego Prymasa 1000-lecia w Konstantynowie Łódzkim. Kontynuując cykl wywiadów przeprowadzanych ze znanymi absolwentami z okazji jubileuszu 60-lecia naszej szkoły, chcielibyśmy zadać pani kilka pytań o wspomnienia z okresu, kiedy uczęszczała pani do naszego liceum.

 

W jakich latach to było?

Byłam uczennicą Liceum Ogólnokształcącego w Konstantynowie w latach 1980-1984. Liceum mieściło się w budynku obecnej Szkoły Podstawowej nr 5, na ostatnim piętrze.Irena Jaros

Jak wspomina pani tamten okres czasu?

Był to okres z różnych względów bardzo ciekawy, ale również trudny, choćby ze względu na stan wojenny (obowiązywała nas godzina milicyjna od godz. 20.00) i panujący wtedy kryzys gospodarczy. Brak podstawowych artykułów w sklepach dotyczył również materiałów piśmiennych. Były problemy z zakupem, np. zeszytów i pamiętam, że niektórzy z nas zszywali je ze starych kartek. Mimo tego staraliśmy się żyć tak, jak wszyscy młodzi ludzie, np. byliśmy zafascynowani polską muzyką rockową. W latach osiemdziesiątych, pojawiły się takie zespoły jak: Perfect , Manaam, Lady Punk, Lombard, TSA. Jeździliśmy na koncerty, należeliśmy do fan clubów, staliśmy w kolejkach po płyty (sama mam pierwszą analogową płytę Perfectu), a ponadto przyjmowaliśmy pewne wzorce ubioru, wyglądu naszych idoli muzycznych, np. dziewczyny miały włosy ścięte á la Izabela Trojanowska lub Małgorzata Ostrowska (wokalistka Lombardu). Mimo obowiązków szkolnych, były to czasy dość beztroskie. Znajdowaliśmy czas, by spotykać się poza szkołą, razem wyjeżdżać do teatru, chodzić do kina. Kilkoro z nas było instruktorami Związku Harcerstwa Polskiego, więc ferie zimowe i wakacje spędzaliśmy na obozach harcerskich, rajdach i biwakach. W takich sytuacjach nawiązało się bardzo wiele przyjaźni, które przetrwały do dziś.

Jakie było kryterium naboru do naszego liceum?

Nie było egzaminów wstępnych, obowiązywał konkurs świadectw ukończenia szkoły podstawowej.
A jakie zdarzenie z czasów szkolnych wywołuje na pani twarzy uśmiech?

Trudno jest mi jest wybrać jedno zdarzenie, bowiem wspomnień o różnych, śmiesznych sytuacjach mam wiele. Pamiętam wojewódzki międzyszkolny turniej z zakresu przysposobienia obronnego, do którego przygotowywaliśmy się pod kierunkiem pani profesor Haliny Maciak, naszej nauczycielki historii i PO. Odbył się on na poligonie wojskowym w Brusie i o mały włos nie zakończył się naszym zwycięstwem. Zajęliśmy drugie miejsce, za XXVI LO w Łodzi, ale sam przebieg poszczególnych konkurencji, a zwłaszcza przygotowania do nich, z perspektywy czasu wydają się dość zabawne. Wyobraźcie sobie bieganie z noszami, rzucanie granatem, chodzenie na azymut dookoła szkoły, czy rozwijanie od piwnic po ostatnie piętro szkoły przewodów łącznic telefonicznych, które musiały zadziałać.
A nauczyciele? Byli tacy, których uczniowie darzyli szczególną sympatią lub też tacy bardzo wymagający?

Mieliśmy bardzo dobrą kadrę nauczycieli. Języka polskiego uczyła nas pani profesor Bożena Czajkowska, która nie poprzestawała na omawiania lektur, znajdujących się w programie nauczania. Potrafiła zainteresować nas literaturą światową, aktualnymi wydarzeniami literackimi i kulturalnymi. Pamiętam, że w 1982 roku, kiedy Nagrodę Nobla dostał kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez cała lekcja była poświęcona jego twórczości. Od tamtej pory jedną z moich ulubionych książek jest jego „Sto lat samotności”. Pamiętam oczywiście pana profesora Ryszarda Prokopa, który uczył nas matematyki. Jego legendarne już, dość oryginalne metody nauczania, zmuszały nas do wytężonej, systematycznej pracy. Pierwszy rok naszej nauki w liceum był ostatnim, kiedy lekcje odbywały się również w sobotę. Według planu mieliśmy dwie lekcje matematyki w sobotę i dwie lekcje matematyki w poniedziałek. Możecie sobie wyobrazić, czym zajmowaliśmy się w niedzielę – rozwiązywaniem, niekiedy kilkunastu zadań! Bardzo miło wspominam panią profesor Zofię Niewiadomską, która uczyła biologii i potrafiła nią zainteresować, nawet takie osoby, jak ja oraz pana profesora Eugeniusza Workerta - nauczyciela historii. Uczył nas tylko rok, w ostatniej - maturalnej klasie, a tematyka jego lekcji niejednokrotnie daleko wybiegała poza program nauczania. Pan mgr E. Workert omawiał z nami wydarzenia z historii Polski XX wieku, których nie było w ówczesnych podręcznikach, niektóre z nich - w roku 1984 - były tematem tabu. Zawsze bardzo miło będę wspominać naszą wychowawczynię, panią profesor Ewę Górczyńska, nauczycielkę fizyki, osobę wtedy młodą, tuż po studiach, która przeżyła z nami wiele trudnych chwil.

Muszę stwierdzić , że nauka w naszym liceum dała nam bardzo solidną wiedzę ogólną ze wszystkich dziedzin nauki. Niewątpliwie jest to, w dużej mierze, zasługą nauczycieli, którzy nie tylko potrafili przekazać swoją wiedzę, ale zainteresować nią, zachęcić do jej pogłębiania. Szczególną uwagę zwracali na samodzielność w formułowaniu wniosków, tolerowali nasze, niekiedy odbiegające od przyjętych, opinie, pod warunkiem, że potrafiliśmy je poprzeć odpowiednimi argumentami. Uczyli nas samodzielnego myślenia, co okazało się niezmiernie przydatne zarówno podczas egzaminów wstępnych na studia, jak i podczas ich trwania.

Czy klasa była według pani zgrana?

Klasa nie tylko była, ale nadal jest wyjątkowo zgrana! W naszej klasie, o profilu ogólnym – jedynej w tym roczniku – rozpoczęło naukę w 1980 roku ponad 30 osób, do matury doszło około 25 i ... do dzisiaj wszyscy utrzymujemy ze sobą kontakt! Oprócz częstszych spotkań w mniejszym gronie przyjaciół, od zakończenia liceum, średnio co 5 lat widujemy się na spotkaniach klasowych. Na ostatnim, w 2009 roku, pojawiło się ponad 20 osób, w tym kilkoro aktualnie mieszkających daleko poza Konstantynowem, np. w Warszawie. Dzięki mediom elektronicznym mamy kontakt z kolegami, którzy wyemigrowali za granicę - do USA i Australii. Po prostu lubimy się, chcemy się widywać, pamiętamy o sobie, a z uwagi na różne, wykonywane aktualnie profesje, wspieramy się i pomagamy sobie, jeśli zachodzi taka potrzeba.

Сzy były organizowane jakieś uroczystości, wycieczki, wyjścia do kin oraz teatrów?

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku nie było Internetu, a w telewizji były tylko dwa programy telewizyjne. Jedną z niewielu rozrywek były wyjazdy do teatru, czy wyjścia do kina. Bilety wstępu były tanie, więc dość często korzystaliśmy z możliwości zobaczenia przedstawień teatralnych, niektórych wybitnych, np. „Skrzypka na dachu” w Teatrze Muzycznym, „Szewców” w Teatrze Powszechnym. Do teatru jeździliśmy nie tylko całą klasą, by móc później na lekcjach języka polskiego omawiać obejrzane inscenizacje, ale również indywidualnie. Bodajże w klasie trzeciej miałam wykupiony karnet do Teatru Wielkiego w Łodzi. Obejrzałam wtedy wszystkie, znajdujące się w repertuarze teatru, przedstawienia operowe i baletowe.

Czy jest jakieś interesujące zdarzenie z tamtych lat, które szczególnie zapadło Pani w pamięć?

Po odebraniu świadectw maturalnych całą klasą, prosto ze szkoły, udaliśmy się do zakładu fotograficznego, który znajdował się na pl. Kościuszki, by zrobić sobie wspólne zdjęcie. Zostało wykonane w parku i jest dziś dla mnie miłą pamiątką.

Jak wyglądała wówczas studniówka?

Studniówka odbywała się w szkole. Poczęstunek był w jadalni, natomiast zabawa taneczna odbywała się w sali gimnastycznej. Sami ją musieliśmy przystroić. Motywem przewodnim była zima i stąd m.in. na krótszej ścianie sali, za sprawą jednego z naszych kolegów, zostały namalowane ogromnych rozmiarów sanie z Królową Śniegu. Na studniówce byliśmy ubrani skromnie, dziewczęta w ciemnych - czarnych lub granatowych - spódnicach i białych bluzkach, chłopcy w garniturach. Tradycją studniówek było zaprezentowanie przez przyszłych maturzystów programu artystycznego. Mieliśmy z nim niemały problem. Program został napisany na dwa tygodnie przed studniówką. Na próbach wypadaliśmy okropnie i dzień przed studniówką, w obawie przed kompromitacją, podjęliśmy wspólną decyzję, że nie wystąpimy. Nasza wychowawczyni, pani profesor Ewa Górczyńska, użyła wszelkich możliwych środków perswazji, by zmusić nas do występu. Ulegliśmy w końcu i okazało się, że odnieśliśmy sukces! Niektóre efekty, kwitowane wybuchami śmiechu publiczności, były zupełnie niezamierzone. Dzisiaj wspominamy tę naszą „Wielką Improwizację”, śmiejąc się do łez. Studniówka (może was to zdziwi) trwała dwa dni. Drugiego dnia po południu wszyscy (już w strojach mniej formalnych) pojawiliśmy się ponownie w szkole. Powód był prozaiczny. W czasie nocnej zabawy nie zostały zjedzone wszystkie potrawy, które były przygotowane przez rodziców. Pretekst do dalszej zabawy był znakomity!

Czy chciałaby Pani coś jeszcze od siebie dodać, a może coś przekazać obecnym uczniom?
Wykorzystajcie pod każdym względem jak najlepiej czas nauki w liceum. Bądźcie kreatywni, głodni wiedzy i ciekawi świata. Szanujcie się nawzajem i nie zapominajcie o sobie. Niech Wasze wspomnienia za trzydzieści lat będą tak samo żywe, jak moje. Życzę wszystkim uczniom powodzenia na maturze i na przyszłych, wymarzonych studiach. Dziękuję.

I my dziękujemy bardzo za wywiad. Do widzenia.

Prognoza pogody dla miasta:

.